Kolejny dzień w kalendarz wpada, miasto goni mnie jak zawsze, ona jedna blada Na tle wszystkich świateł, które gasną, gdy ją widzę, ona robi we mnie zwarcie jak dwa kable w jednej linii Mówią odpuść, to nie pora, śmieją się po cichu, a ja znów mam jej perfumy zamiast tlenu w płucach z dymu Kiedy przechodzi obok, wszystko staje w miejscu, jakby ktoś zatrzymał zegar w samym środku biegu Kiedy książ się skrada, by słowa przy niej, jakbym pierwszy raz coś mówił, jak dzieciak coś się uczy, alfabetu swoich uczuć Tej dłoni małe blizny znam je już na pamięć, mówią więcej niż te zdjęcia, które chowam w szafie Każdy jej uśmiech to start nowej piosenki, każde jej cicho w mojej głowie rzeka Chcę planów bez jej śmiechu, między wierszami, bez jej dłoni, gdy się potknę pod zimnymi gwiazdami Jeśli rok ma swoje styki, nasze niech się zwarły, niech już nigdy się nie rozłączą te dwa małe światy Już nie liczę ile razy mówiłem to ostatni raz, a wystarczy jeden jej krok i od nowa zmienia czas Moje nigdy więcej pęka, gdy zobaczę jej spojrzenie, jakby nos przyniosła słowa Nie wiem co przyniesie jutro, ale jedno pewne mam, tam gdzie kończą się ulice, ona będzie tam jak znaki Choć boję się przegranych, to jedną grę wchodzę sam, bo gdy styk rok ona more, nie chcę świata, chcę ją brać Tylko z nią chcę gubić noce i porę, kiedy patrzy na mnie, pali mnie